Weekend minął...



Nie lubię się modlić siedząc w fotelu fryzjerskim... A właśnie to zdarzyło mi się w sobotę wieczorem. Mojego ulubionego fryzjera - Piotrka (jeżdżę strzyc się u niego specjalnie na drugi koniec miasta) jakoś nie mogę zastać, albo - co gorsze - już tam nie pracuje... W ogóle w salonie same kobiety... Jedna z nich - całkiem sympatyczna - prosi mnie do fotela. Inni z kolejki są umówieni do innych fryzjerek, więc moja kolej. Że coś jest nie tak wyczułem gdy skończyła mycie włosów. Zapomniała wytrzeć mi uszu. Musiałem sam poprosić o ręcznik. Duga wpadka była potem, gdy musiałem sam włączyć sobie suszarkę, aby wydmuchać włosy , które miałem na nosie i policzkach (straszenie mnie to swędzi...). Złej myśli byłem także, gdy fryzjerka zaczęła się pytać ile ma obciąć, pokazując chwyconą kempkę włosów. Jakoś dziwnie zacinały jej się nożyczki, strasznie nimi szarpała... Potem pytanie o baczki i kłopoty z równym przycięciem po obu stronach. I na końcu jeszcze poprawianie niedociętych włosów na górze.... Spodziewałem się najgorszego - tym bardziej, że jakieś siedzące na ławce panie przyglądały mi się z uwagą. No ale po założeniu okularów okazało się, że jest VERY NICE! Całkiem dobrze obcięte włosy - niemal tak dobrze, jak to robi nieodżałowany Piotruś. Więc pozory mylą. Ale ileż ja się namodliłem o te swoje włosy... Olaboga!

Jakoś smutno bez Misia. Ciężko zasnąć - w ogóle nie chce się spać... Na szczęście mole maleństwo jutro rano przyjeżdża. I pewnie znowu zaczniemy się słodko droczyć, hehe ;)
dwaj 2005-04-17 23:22:19
skomentuj (0)